10 posts tagged “praca w danii”
Związek "Solidarność" przygotowuje się do ogólnopolskiego protestu. Żąda podwyżek płac dla całej budżetówki. PO mówi: to polityczna akcja, za rządów PiS "S" siedziała cicho - relacjonuje "Gazeta Wyborcza".
Trzy tygodnie temu zaapelowaliśmy do rządu o jak najszybsze rozpoczęcie negocjacji w sprawie podwyżek dla budżetówki. Rząd nie zareagował, więc przygotowujemy się do akcji protestacyjnej - mówi Janusz Śniadek, przewodniczący "Solidarności".
"S" ogłosiła konsultacje w sprawie protestu. Od związkowców dowiemy się, czy należy zorganizować manifestację w stolicy, czy akcje w regionach i protesty branżowe - zapowiedział w Gdańsku szef "S". Tuż po konferencji Śniadka zadzwoniła do niego minister pracy Jolanta Fedak (PSL). Zapewniła, że sprawa podwyżek zostanie skierowana pod obrady Komisji Trójstronnej. Nie jestem naiwny, po jednym telefonie nie odwołam konsultacji - mówi Śniadek. Ich wynik ma być znany przed obradami Krajówki "S" 19 lutego. Jeśli zapadnie decyzja, w ciągu tygodnia możemy być gotowi z protestem - zapowiada przewodniczący "S".
Jak zauważa "GW", akcja "S" zbiega się w czasie z wielkimi protestami. Nauczyciele dostali od rządu po 200 zł podwyżki, celnicy blokujący wschodnie granice kraju mają obiecane po 500 zł, a pielęgniarki i lekarze walczą o wyższe pensje w swoich miejscach pracy.
Podwyżki należą się wszystkim, nie tylko celnikom - mówi Robert Osmycki, wiceszef Sekretariatu Służb Publicznych "S" zrzeszającego m.in. strażaków, ciepłowników, pracowników komunikacji miejskiej, wodociągów i urzędów skarbowych.
"Solidarność" oczekuje, że Komisja Trójstronna zgodzi się na stałe podwyżki dla służb opłacanych bezpośrednio i pośrednio z budżetu państwa. Chodzi o setki tysięcy, a może nawet miliony osób, o niemal wszystkich, którzy nie są zatrudnieni w firmach państwowych. Śniadek chce, by coroczne podwyżki dla nich były ustawowo zagwarantowane i zależne od wzrostu PKB.
To niemożliwe - odpowiada Zbigniew Chlebowski (PO), przewodniczący sejmowej komisji finansów publicznych. Nie wyobrażam sobie, by powiązać podwyżki ze wzrostem PKB. To wywróciłoby budżet, spowodowało wzrost inflacji i w efekcie uderzyło w tych, których teraz chce bronić Śniadek. Bo jak PKB siądzie, to żadnych podwyżek nie będzie. Trzeba negocjować z każdą grupą i w zależności od możliwości budżetu państwa podpisywać porozumienia - tłumaczy Chlebowski.
Chlebowski zarzuca szefowi "S" polityczne działanie: "A gdzie był Śniadek przez ostatnie dwa lata, kiedy rząd PiS albo nie dawał podwyżek, albo przyznawał je na poziomie 3%? Dlaczego chce nam wystawiać rachunki za poprzednie rządy? Wtedy siedział cicho. To polityczna akcja nastawiona na konfrontację z rządem i wielce nieodpowiedzialna" - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Wesoła Brygada w Danii
Niektórzy lekarze zarabiają nawet o kilka tysięcy więcej niż w grudniu - wylicza "Gazeta Wyborcza".
Na biurko wiceministra zdrowia Marka Twardowskiego trafił właśnie raport o lekarskich podwyżkach. Lekarze dostają je, bo inaczej nie godzą się na prace dłuższą niż ustawowe 48 godzin tygodniowo. Z raportu wynika, że średnia pensja lekarza specjalisty z dyżurami i dodatkami wynosi teraz 6163 zł. W grudniu było 5385 zł. Wzrost - 14 proc.
Tyle że ta średnia niewiele jeszcze mówi o sytuacji. Podwyżki bywają odwrotnie proporcjonalne do wykształcenia. Dochody lekarzy z drugim stopniem specjalizacji wzrosły do 52 proc., lekarzy bez specjalizacji - i o 61 proc.! Ogromna jest też rozpiętość podwyżek. W placówce, która dała największe podwyżki w Polsce - Szpitalu Klinicznym im. Przemienienia Pańskiego w Poznaniu - dyżurujący specjalista ma 13 980 zł (wzrost o 57 proc.). Na drugim biegunie jest szpital z Ostrowii Mazowieckiej, gdzie dyżurujący specjalista zarabia 4160 zł, o 54 zł mniej niż w grudniu. - Dyrektor musiał zmienić regulamin pracy - spekuluje wiceminister Twardowski. - Pewnie zamiast dyżurów jest system równoważny.
- Nikt tego kontroluje, kto, gdzie i jakie podwyżki daje - ocenia Twardowski. - Zdarza się, że w szpitalach odległych o kilka kilometrów różnice w zarobkach lekarzy o podobnych kwalifikacjach sięgają kilkudziesięciu procent. Szpitale, dają podwyżki, mimo że nie mają na nie pieniędzy. Np. w regionie łódzkim na 42 placówki aż 16 wyda więcej, niż zarobi. Ministerstwo Zdrowia jeszcze nie wie, ile będą kosztowały lekarskie podwyżki. - Policzymy to w lutym - zapowiada Twardowski.
Duński Sąd Pracy ukarał polską firmę budowlaną
Gigant informatyczny Microsoft patentuje swoją koncepcję nieustannego pomiaru wydajności pracowników. Funkcje organizmu każdego zatrudnionego mają być nieustannie mierzone i zapisywane. Krytycy mówią o permanentnej inwigilacji.
Microsoft swój wniosek złożył już latem 2006 roku i wkrótce jego szczegóły mają zostać ogłoszone przez urząd patentowy. Idea wynalazku mówi o czujnikach, które mają poprawić komunikację między człowiekiem a systemem komputerowym. W praktyce jednak to komputer ma dostawać ciągłe dane o ciśnieniu krwi, częstszym lub rzadszym oddechu czy pocie zraszającym czoło człowieka...
Twórcy chcą opatentować kompleksowy system, łaczący zarówno komunikację, jak i nadzór. Czujniki na ciele pracowników mają bezprzewodowo przekazywać dane do centralnego komputera, kamery mają rejestrować kto właśnie się zaśmiał, a kto zmarszczył czoło.
Gdy pomiary którejś osoby zaczną odbiegać od normy, komputer zada pytanie: Czy jest jakiś problem? System miałby szukać możliwości pomocy - także poszukując innego pracownika, który w tej sytuacji mógłby okazać się pomocny.
Podobne pomiary życiowych funkcji organizmu funkcjonowały dotąd w odniesieniu do astronautów czy pilotów wojskowych myśliwców. To jednak specyficzne zajęcia.
Pojawiają się już głosy, że objęcie podobną praktyką "zwykłych" pracowników stanowiłoby nadmierną ingerencję w ich prywatność. Zgromadzone w banku danych informacje dawałyby pracodawcy pełen wgląd w ich stan zdrowia.
Napływ pracowników do Danii trwa
Polacy pracujący za granicą wciąż czekają na tzw. abolicję podatkową. Jej wprowadzenie rozważają kolejne rządy, by zachęcić rodaków do powrotu. Czy emigranci doczekają się wreszcie abolicji?
„Rz” dotarła do pierwszego projektu nowelizacji ustawy o PIT, autorstwa LiD. Niewykluczone, że poprą go inne kluby parlamentarne. Nad uregulowaniem tej sprawy zastanawia się także Platforma Obywatelska.
– Rozpatrzymy wszystkie możliwe rozwiązania, które służyłyby abolicji – mówi poseł Krystyna Skowrońska, wiceprzewodnicząca Komisji Finansów Publicznych (PO).
Projekt dotyczy Polaków, którzy pracowali za granicą i choć musieli w Polsce zapłacić podatek od wszystkich zarobionych w latach 2002 – 2006 pieniędzy, to tego nie zrobili. Wymagały tego niekorzystne umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Chodzi m.in. o osoby pracujące w Wielkiej Brytanii czy Austrii.
Projekt przewiduje, że pracujący za granicą Polacy będą mogli rozliczyć zarobione za granicą w latach 2002 – 2006 pieniądze według korzystniejszej metody wyłączenia z progresją. Dzięki temu będą opodatkowani na takich samych zasadach jak np. pracujący w Irlandii. Jeśli w Polsce nie uzyskiwali dochodów, nie będą nawet musieli składać tu zeznania za dany rok ani zawiadamiać urzędu skarbowego o skorzystaniu z abolicji. Oznacza to, że osoby, które legalnie pracowały za granicą i tam też zapłaciły z tego tytułu podatek, nie będą musiały dopełniać w Polsce żadnych formalności (chyba że w Polsce uzyskały inne dochody). Polski fiskus nie będzie ich ścigał za wykroczenia czy przestępstwa skarbowe, a wszczęte postępowania będzie umarzał. Nie naliczy im też odsetek za zwłokę.
Prawie połowa właścicieli polskich firm przyznaje, że emigracja zarobkowa odbiła się negatywnie na ich wynikach finansowych, informuje "Rzeczpospolita".
Już tylko co 12. firma nie ma kłopotów ze znalezieniem pracowników. Coraz więcej przyznaje się do tego, że braki kadrowe przekładają się na ich kondycję finansową – wynika z badania przeprowadzonego przez KPMG dla PKPP Lewiatan. Dla wielu przedsiębiorstw jedynym sposobem na zatrzymanie pracowników jest podnoszenie płac.
– Koszt zatrudnienia jednego pracownika wzrósł przynajmniej o 30 proc. od wejścia Polski do UE – twierdzi Leszek Wroński, partner w KPMG. Według niego przedsiębiorcy dopiero zaczynają szacować koszty, jakie ponoszą z tytułu znacznie większych problemów ze znalezieniem pracowników oraz podwyżek, dzięki którym zatrzymują ich u siebie. – Prawie połowa z 300 średnich i dużych firm przyznała, że ponosi dodatkowe koszty. Dziesięć procent uważa, że kłopoty kadrowe kosztują je od 4 do 7 proc. przychodów. W kolejnych 5 procentach firm szacuje się, że jest to aż 8 – 12 proc. przychodów.
Przedsiębiorstwa godzą się na podwyżki tym chętniej, im częściej ponoszą porażki przy rekrutacji. Już połowa z nich spotkała się z sytuacją, w której potencjalny pracownik zamiast przyjść do pracy, zdecydował się na wyjazd do pracy za granicę – relacjonuje Leszek Wroński. Firmy mają nadzieję, że 10 – 30 proc. podwyżki zatrzymają odpływ ich pracowników. Zachęcanie pracowników, by nie zmieniali miejsca pracy, jest dla nich tym ważniejsze, iż nie wierzą w masowe powroty z migracji zagranicznej. Eksperci Lewiatana przestrzegają jednak, by firmy starały się także w inny sposób dbać o pracowników. – Mamy już rynek pracownika, popyt zdecydowanie przewyższa podaż i firmy muszą zabiegać o kadry. Ale nadal 1,6 mln Polaków jest bezrobotnych i ich zaktywizowanie powinno być wyzwaniem dla pracodawców – uważa Jacek Męcina, ekspert PKPP Lewiatan. – Nie można jednak zapominać, że podwyżki płac muszą iść w parze ze wzrostem wydajności pracowników. W przeciwnym wypadku konkurencyjność firm może się obniżyć i za jakiś czas będą wymagały restrukturyzacji – dodaje.
Joanna Tyrowicz z UW zwraca uwagę, iż wokół zagranicznych wyjazdów Polaków do pracy narosły mity: – W ostatnich latach ludzie zaczęli wyjeżdżać przede wszystkim dlatego, że w Polsce na początku dekady było wysokie bezrobocie. Nasze wejście do UE jest dopiero drugą przyczyną emigracji zarobkowej. Ale wbrew temu, o czym się najczęściej pisze, nie dotyczy wszystkich. W wielu miejscach kraju są obok siebie gminy, gdzie w jednej wyjechali wszyscy mężczyźni, a w drugiej nikomu nie chce się pojechać nawet do sąsiedniego powiatu, a co dopiero do innego kraju.
Ciężka praca, ale za euro
Przeklęte żabojady! – złości się pewnie w duchu minister zdrowia Ewa Kopacz.
Dlaczego żabojady? Bo cały ten zgiełk, związany z wprowadzeniem w Polsce nowych norm czasu pracy lekarzy, ma źródła we Francji. Był bowiem czas, gdy tamtejsi chirurdzy przez cały Boży dzień pracowicie wycinali pęcherzyki żółciowe i ślepe kiszki, potem całą nockę spędzali w szpitalu na dyżurze, a następnego dnia rankiem znowu musieli stawać przy stole operacyjnym. Lancet, owszem, był ostry, ale uwaga chirurga po kilkudziesięciu godzinach w szpitalu bywała już nieco stępiona. I coraz trudnej było odróżnić ludzkie udo od żabiego udka.
Tu kończymy żarty, by zupełnie poważnie stwierdzić, że sprawa trafiła do instytucji Unii Europejskiej. Ta wydała dyrektywę, zgodnie z którą czas pracy lekarza nie powinien przekraczać 48 godzin tygodniowo, zaś czas wypoczynku po pracy powinien trwać co najmniej 11 godzin. Możliwe jest natomiast wydłużenie czasu pracy do 72 godzin tygodniowo, jeśli lekarz wyrazi na to zgodę w formie pisemnej (tzw. opt-out). Wspomnianej unijnej dyrektywy nie stosuje się w Polsce bezpośrednio. To polski parlament w sierpniu 2007 r. przyjął jednogłośnie (!) ustawę, ograniczającą czas pracy lekarzy i to w wersji ostrzejszej niż to przewidują normy unijne, ponieważ w naszym kraju lekarz może zgodzić się na większy wymiar godzin pracy niż 48 godzin, ale nie może to być więcej niż 65 godzin tygodniowo. Teraz wszyscy rozdzierają szaty, a przecież można było wcześniej pomyśleć, jak ten problem rozwiązać. Jakie były i są rozwiązania?
Brytyjczycy zyskali na czasie
Przede wszystkim można było w ogóle wstrzymać się przez jakiś czas z przyjęciem europejskich regulacji. Tak zrobili Brytyjczycy, którzy zresztą znani są z tego, że co rusz korzystają w Unii Europejskiej z jakichś wyjątków. Zamrozili oni działanie dyrektywy aż do 2012 r.! To samo mógł zrobić także rząd polski i zyskać w ten sposób kilka lat na poprawę sytuacji finansowej naszej służby zdrowia. Skoro jednak tak się nie stało, to co pozostaje? Zatrudnienie dodatkowych 30 tysięcy lekarzy jest nierealne (szacuje się, że tylu właśnie medyków byłoby potrzeba, żeby zaspokoić potrzeby polskich szpitali bez podpisywania deklaracji opt-out).
– Przede wszystkim nie straszcie chorych! – apeluje do dziennikarzy dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu prof. Marian Zembala, podkreślając, że nie ma mowy o zagrożeniu dla zdrowia czy życia pacjentów.
Co robić?
Pierwsze rozwiązanie jest takie, że dyrektorzy szpitali namawiają i będą namawiali lekarzy, by zgodzili się na podpisywanie deklaracji opt-out i w ten sposób oddawali swój czas do dyspozycji osób układających grafiki dyżurów. To trudna sprawa, bo lekarze – rzecz jasna – mogą zgodzić się na dodatkowe godziny, ale nie za darmo. Po raz pierwszy w historii lekarze mają po swojej stronie tak silne atuty. Prawo jest po ich stronie.
– Taka sytuacja nam się marzyła, ale nie przypuszczaliśmy, że to się stanie – przyznaje szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy dr Krzysztof Bukiel.
Lekarze mówią nieoficjalnie, że w niektórych placówkach, zwłaszcza małych szpitalach, nie obejdzie się bez łamania prawa. To prosta matematyka: wystarczy policzyć, ilu jest w szpitalu lekarzy danej specjalności, zliczyć godziny, jakie są oni w stanie przepracować bez naruszania norm czasu pracy i porównać to z liczbą godzin pracy, jaka jest potrzebna do zabezpieczenia potrzeb pacjentów. Jeśli ta druga okaże się większa, a pieniędzy na zatrudnienie nowych lekarzy nie będzie, to… pozostanie kierowanie się znaną prawnikom zasadą: Necessitas frangit legem (konieczność łamie prawo).
Prof. Lech Poloński z renomowanego Śląskiego Centrum Chorób Serca uważa, że akurat ta placówka nie ma podstaw, by uczestniczyć w ogólnopolskim lamencie. – Ale boję się, że gdybym był ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych, miał 4–5 asystentów i 50 chorych, to rozłożyłbym ręce – przyznaje kardiolog.
Z pozwoleniem lub bez w Danii
Polscy pracodawcy potrzebują robotników z Ukrainy, ale po wejściu Polski do Schengen Ukraińcy utknęli w kolejkach przed polskim konsulatem we Lwowie.
Pracujący u nas Ukraińcy bali się, że od wejścia Polski do Schengen (21 grudnia) trudniej będzie im przekroczyć granicę. I na razie to się potwierdza.
Skomplikowały się procedury wizowe. Ukraińcy, zwłaszcza jadący do pracy, muszą dostarczyć więcej dokumentów, ich sprawdzanie zajmuje więcej czasu. W konsulacie we Lwowie, do którego zgłasza się ich najwięcej, zrobiła się kolejka, której nie można rozładować. Pracodawcy się niecierpliwią, a Ukraińcy tracą nadzieję na szybki powrót do Polski.
Według różnych szacunków w Polsce przebywa od 200 do 500 tys. Ukraińców. Teraz zaczynają wracać na Ukrainę po wizy, bo stare tracą ważność. Marek, szef firmy remontującej domy w Piasecznie, skarży się: - Zatrudniałem dwunastu Ukraińców. Ośmiu wróciło do siebie. Nie wiedzą, kiedy wrócą.
Nieoficjalnie pracownicy konsulatu mówią, że liczbę petentów ograniczono, bo sprawdzanie dokumentów zajmuje teraz więcej czasu. Dawniej wystarczyło złożyć wniosek wizowy, a teraz wymagany jest jeszcze dowód (np. wyciąg bankowy), że wnioskodawca ma pieniądze na podróż. A ci, którzy jadą do pracy, muszą dodatkowo mieć także zaproszenie poświadczone w polskim urzędzie wojewódzkim oraz zaświadczenie z miejsca pracy w Polsce.
Lwowski konsulat uruchomił numery telefonów, pod którymi Ukraińcy mogą się dowiedzieć, jak zdobyć wizę. Ale cztery linie obsługuje tylko jedna osoba. Ma przede wszystkim jedną informację - trzeba zarejestrować się w internecie. Kółko się zamyka.
MSZ uspokaja. - Konsulaty wydają teraz mniej wiz, bo mimo informacji w internecie Ukraińcy nie wiedzą dokładnie, jakie przedstawić dokumenty. Liczba wiz zmniejszy się też, bo teraz trzeba za nie płacić po 35 euro. Wcześniej wizy były za darmo, więc 30 proc. było wizami pustymi, nigdy niewykorzystanymi.
Ministerstwo obiecuje, że sytuacja się poprawi. Elektroniczny system zapisów ma być usprawniony i przeniesiony na bezpieczne serwery MSZ. Ma to zapobiec aktywności hakerów działających na zlecenie pośredników, którzy tworzą sztuczną kolejkę, by sprzedawać w niej miejsca.
- Mamy nadzieję, że nastąpi to w najbliższych tygodniach - mówi Andrzej Jasionowski, dyrektor departamentu konsularnego MSZ.
W kawiarenkach internetowych Lwowa krążą plotki, że wystarczy dać 250 euro łapówki odpowiedniej osobie przed konsulatem i wizę dostaje się od ręki. Można też kupić miejsce w kolejce od pośrednika za 200 dol. Ale nie daje to żadnej gwarancji. - Przed Schengen łapówki wynosiły 150 euro - żali się Mychajło.
Z danych straży granicznej wynika, że w ciągu pierwszego tygodnia po przystąpieniu do Schengen granicę przekroczyło ponad 52 tys. Ukraińców. W całym listopadzie było ich 77,2 tys.
Niebezpieczne warunki pracy polskich robotników w Danii
Pielęgniarki dają dyrektorom szpitali czas do 21 stycznia na rozmowy i przyznanie im wyższych podwyżek. Po tym terminie zaczynają strajk – z odejściem od łóżek pacjentów włącznie. Są rozgoryczone, że władze negocjują płace tylko z lekarzami, a ci nie są solidarni z koleżankami. Negocjacje w wielu szpitalach w Polsce rozpoczną się właśnie w poniedziałek.
Dorota Gardias, szefowa OZZPiPSzefowa OZZPiP, Dorota Gardias była w poniedziałek gościem TVN CNBC Biznes: - Nasze koleżanki zostały oszukane - mówiła, oskarżając o to oszustwo kolejne rządy. - Nikt nie ma odwagi podjąć niepopularnych decyzji - dodała przewodnicząca związku.
Według niej, błędem dyrektorów szpitali było, że wiedząc o unijnej dyrektywie o zmianie czasu pracy personelu medycznego od 2000 r., nie zrobili nic. Gardias powtórzyła słowa z niedzielnej konferencji związku: - Lekarz nie może zarabiać 5-10-krotnie więcej niż pielęgniarki. Chodzi nam o pieniądze, tak jak wszystkim grupom zawodowym - dodała.
Do tej pory, resort zaprezentował pielęgniarkom pakiet ustaw, który ma usprawnić system opieki zdrowotnej, a o którym mówiła już wcześniej minister zdrowia Ewa Kopacz. Według Włodarczyka, pakiet spotkał się ze "zrozumieniem i akceptacją" pielęgniarek i położnych.
- Panie chcą wziąć udział w naprawie systemu - zapewnił wiceminister w TVN24. - Nie wiem, czy nie będzie strajku. Prawdopodobnie w niektórych placówkach może dojść do takiej sytuacji - przyznał jednak. Pytany, czy nie boi się paraliżu pracy szpitali, Włodarczyk powiedział: - Mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Lekarze też mieli nie pracować po 1 stycznia, a pracują.
Wiceszef resortu przyznał jednak także, że choć środowisko pielęgniarskie chce zmian strukturalnych systemu, to ma też oczekiwania finansowe - jak powiedział - "trudne do spełnienia". Pytany, ile - według niego - powinna zarabiać pielęgniarka, Włodarczyk nie odpowiedział wprost: – To trudne pytanie. Żyjemy tu i teraz, a zarobki są niższe niż w innych krajach europejskich. Na pewno marzeniem każdej pielęgniarki byłoby zarabiać na poziomie innych krajów Unii Europejskiej.
Dania potrzebuje rąk do pracy
Nawet dwa miesiące muszą czekać pracownice na zasiłek macierzyński. ZUS żąda wciąż nowych dokumentów i opóźnia wypłatę należnych pieniędzy - informuje "Życie Warszawy".
- Przez dwa miesiące byłam bez środków do życia. Nie miałam pieniędzy na pieluchy i ubranka, bo nie wypłacano mi zasiłku macierzyńskiego - skarży się dziennikarzom "Życia Warszawy" pani Aneta.
Pani Agnieszka z Warszawy, podobnie jak pani Aneta, na wypłatę pieniędzy czekała blisko 60 dni, chociaż powinny wpływać regularnie jak pensja. Powód? ZUS żądał od niej wciąż dodatkowych dokumentów.
Najpierw potrzebne było zaświadczenie o narodzinach dziecka, by naliczono czas urlopu macierzyńskiego. Po kilku dniach ZUS zażądał podania numeru konta bankowego, danych osobowych i dostarczenia aktu urodzenia, który wydaje gmina. W stolicy rodzice dostają je zwykle po trzech tygodniach od narodzin dziecka. ZUS wezwał też panią Agnieszkę, by zaświadczyła, czy to jej pierwsze dziecko, chociaż wcześniej była już na urlopie macierzyńskim.
Po sześciu tygodniach od narodzin synka i po dopełnieniu wszystkich formalności pani Agnieszka nerwowo zaglądała na bankowe konto. Minęło dokładnie 30 dni od dostarczenia ostatnich dokumentów, czyli tyle, ile ZUS rezerwuje sobie na wypłatę zasiłku. Zamiast pieniędzy przyszedł kolejny formularz do wypełnienia.
- Wyprowadziło mnie to z równowagi. zamiast pieniędzy kolejne formalności - wspomina. Tym razem z wypełnionym formularzem wysłała list do inspektoratu, pytając, czy ZUS wie, ile dni pozostawia ją bez środków do życia. To zadziałało, pieniądze przesłano w ciągu tygodnia.
Opóźnienia w wypłatach zasiłków nie dotyczą kobiet zatrudnionych w dużych przedsiębiorstwach. Te przeważnie same wypłacają swoim pracownicom należne im pieniądze. Problemy mają matki pracujące w małych firmach, likwidowanych zakładach lub gdy kończą się im umowy o pracę. Wtedy ZUS przejmuje na siebie formalności związane z wypłatą pieniędzy.
Co na to ZUS? "Takie przypadki są zjawiskiem marginalnym. Mamy prawo żądać dodatkowych dokumentów" - mówi "Życiu Warszawy" Jacek Dziekan z centrali ZUS.
Po kasę na zbiory
Zagraniczne firmy nie przestają wierzyć, że w Polsce można znaleźć młodych, wykształconych ludzi. W tym roku nad Wisłą w kilkunastu międzynarodowych centrach usługowych pracę może rozpocząć kolejnych kilka tysięcy księgowych, informatyków czy inżynierów - pisze "Rzeczpospolita".
Zdaniem Huberta Salika, centra usług i związane z nimi tysiące miejsc pracy dają szanse na powstrzymanie emigracji zarobkowej Polaków. A kto wie, może nawet powrót z saksów wykształconej młodzieży. Czy jednak Polska jako kraj księgowych to nie zbyt mało, by zaspokoić ambicje jednego z największych państw Europy?
Nie narzekajmy - radzi publicysta. Polska nie jest i raczej w niedalekiej przyszłości nie będzie ojczyzną koncernów na miarę Microsoftu, General Motors czy Ikei. Centra usług dają nam szansę na znalezienie własnej niszy w międzynarodowym podziale pracy. A że blisko nam w tej specjalizacji do Indii, w których podobne centra od lat mnożą się jak grzyby po deszczu? Bardziej powinniśmy się martwić, żeby za kilkadziesiąt lat nasza gospodarka nie przypominała chilijskiej lub portorykańskiej. Bo dziś oba te kraje w publikowanych przez Bank Światowy rankingach oceniających przyjazny stosunek państwa do biznesu wyprzedzają Polskę o prawie 50 miejsc.
Warto pamiętać, że nie wystarczy być częścią drugiej potęgi gospodarczej świata, czyli Unii Europejskiej. Trzeba to jeszcze umieć wykorzystać - konstatuje autor publikacji w "Rzeczpospolitej".
